[PL] Wesołe jest życie informatyka (continued)


Jakiś czas temu wspomniałem o wesołych anedgotkach z sytuacji, które mogą się przydażyć każdemu z nas. Obiecałem drugą sytuację obok tej z naprawą samochodów. Oto i ona:


Wciąż moja praca sprzed Microsoftu. Już mniej programowałem produkcyjnie - raczej po stronie wdrożeniowej modyfikowałem system ERP w pewnej firmie produkcyjnej.
Firma nieduża, choć jak na warunki polskie w sektorze prywatnym - to całkiem solidna.
Sytuacja, którą tam zastałem była dla mnie kolejnym przykładem, że w niedużych polskich firmach nie prezes i zarząd trzyma w garści firmę, tylko główna księgowa. Tak było w tym przypadku. Zarówno odpowiedzialnością, jak i benefitami oraz poczuciem własnej wartości - ksiegowa to był pierwszy człowiek w tej firmie.
My wspólnie z całym zespołem wdrażaliśmy tam produkcję,logistykę oraz finanse. Wszystko w miarę symultanicznie. Produkcja oraz logistyka była praktycznie za nami i to co zostało to multum pracy funkcjonalnej na zebranie wymagań i oczekiwań w finansach. W tej kwestii moja koleżanka od finansów poświęcała prawie cały swój czas na dogadanie się z księgową i ustalenie jej oczekiwań oraz funkcjonalne skonfigurowanie systemu zgodnie z tymi oczekiwaniami. Ja po otrzymaniu tych wymagań starałem się jezyk rachunkowości przetłumaczyć na język informatyki i odpowiednio zmodyfikować system, jeśli to było konieczne.

To było muszę przyznać ze względów personalnych bardzo duże wyzwanie, bo nasza bohaterka - pani księgowa - często zmieniała zdanie. Zdarzało nam się krążyć w kółko i w dodatku miała bardzo konfliktowy charakter, co jeszcze bardziej utrudniało sprawę.

Zdarzały się takie dni, że moja koleżanka od finansów prawie z łzami w oczach wulgarnie deklarowała, że ma dosyć tej roboty i że po powrocie do Warszawy ją rzuci. W sumie się nie dziwię - sam z całym dystansem do sprawy jakoś tak niechętnie chciałem z nią rozmawiać i to w kategoriach udanego wdrożenia było chyba największym ryzykiem tego przedsięwzięcia.

Był w biurze u klienta jeden taki dzień, gdzie któryś z wieczorów pod rząd siedzieliśmy tam z zespołem wdrożeniowym nawet do 2 czy 3 w nocy aby poukładać sprawy. Następnego dnia rytuał 3 kaw i można było kontynuować. Ja byłem wycieńczony i chciałem mieć wszystko jak najszybciej z głowy, wrócić do domu, wziąć parę dni urlopu i zapomnieć.
Siedziałem sobie przed laptopem w sali konferencyjnej, wpatrzony w monitor i programowałem jakąś modyfikację. Moja koleżanka od finansów robiła swoje rzeczy z boku i był tam jeszcze jeden kolega odpowiedzialny za logistykę.

Nagle do salki wpadła wyżej wymieniona pani księgowa i z krzykiem próbowała nam oznajmić, że coś popsuliśmy (żeby nie powiedzieć dosłownie), to nie działa, tamto nie działa. Przewijały się deklaracje, że nas wszystkich stąd wyrzuci i w ogóle o co chodzi - ona natychmiast rząda reakcji i poprawy w 5 minut.

Ja miałem słuchawki na uszach (lubie mieć lekki szum w tle gdy programuje, pozwala mi się to skupić na jednym zadaniu) więc nie słyszałem od początku tego potoku słów, ale dużo sobie wyobrażałem widząc zielone twarze moich kolegów i prawie załamanie nerwowe na twarzy koleżanki od finansów.

Zdjąłem słuchawki i mogłem usłyszeć ostatnią salwę słów. Zrezygnowany, bez cienia emocji przerwałem monolog mówiąc:
- Czy może mi pani zrobić kawy? Siedzę tutaj od 3 dni do 3 w nocy, jak dostanę kawę to bardzo chętnie sprawdzę sytuację.
Moi koledzy z zespołu oniemieli, a księgowa odparła ciepło:
- Panie Danielu, białą czy czarną?
- Z mlekiem była by super.
Księgowa trzasnęła drzwiami i zniknęła na dosłownie góra 10 minut i wróciła z kubkiem kawy dla mnie. Ja wziąłem ten kubek, laptopa i podąrzyłem do jej pokoju sprawdzić w ogóle co się dzieje.
Okazało się (jeśli dobrze pamiętam), że raport z rejestrów VAT pokazywał jakieś bzdury, które były wynikiem źle poksięgowanych transakcji. Nie wnikając szczegóły, błąd generalnie po jej stronie bo źle te transakcje pogrupowała. Tego jej akurat nie powiedziałem 🙂 ale szybko sprawdziłem w jakich grupach wszystko powinno się pojawić, porobiłem korekty, wygenerowałem nowy raport i boom! Księgowa przeszczęśliwa i zaczyna mnie wychwalać za profesjonalizm w porównaniu z brakiem kompetencji mojej koleżanki. Przemilczałem - dopiłem kawę i wróciłem do pokoju.

Zanim założyłem słuchawki i wróciłem do swojej roboty. Koleżanka z finansów wyszła trochę z szoku i powiedziała coś ala:
- Daniel, jak ty to zrobiłeś? Przychodzi pani *X* (w domyśle ważniejsza od prezesa), a ty ją potraktowałeś jak podrzędną sekretarkę i w dodatku ona na to poszła i na koniec była zadowolona?

Moja odpowiedź także dla was: Cóż ona tylko chciała aby rozwiązać jej problem.
Ta sytuacja przypomina mi wiele momentów z mojego życia na supporcie w Microsofcie.
Ludzie często potrzebowali najpierw 20 minut się wykrzyczeć zanim dowiedziałem się o co chodzi. Po doświadczeniach z takimi wdrożeniami przewagą w reakcji jest to, że trudno tak naprawde odebrać personalnie tego typu zachowanie. W końcu każdy z nas może mieć gorszy dzień i chce tylko sobie trochę pokrzyczeć. Wypadło na mnie - cóż 🙂 taka robota, trzeba ją lubieć 🙂


Technorati Tagi: , ,

Comments (5)

  1. Mike says:

    Piekne. Doprawdy, prawie klasyka.

  2. Właśnie sobie czytam własnego bloga w poszukiwaniu błędów językowych, literówek (o braku znaków

  3. Właśnie sobie czytam własnego bloga w poszukiwaniu błędów językowych, literówek (o

Skip to main content